Na bloga liczniki
Co roku odlatuję na zimę z bocianami
RSS
czwartek, 01 kwietnia 2010

Od 3 dni nie piszę, bo nie mogę się tutaj zalogować.

Admin tego portalu dostał chyba robotę po znajomości, bo jest tak, że pierwsze logowanie idzie się rozmnażać, potem pokazuje okienko do ponownego logowania, ale nie nalezy z niego korzystac, tylko kliknać "strona główna" i dopiero tam można się zalogować.

Niby proste, ale ja teraz wisze na starświeckim modemie telefonicznym i strony niechetnie się otwierają. A żeby już udało sie 3x pod rząd, to nie ma mowy.

Teraz piszę w WrodPadzie, a potem wezme laptoka i pójdę polawać do miasta na otwarte hot-spoty. Tylko że to nie Ameryka, ani nawet Europa. Oni umieją przeczytać ze zrozumieniem instrukcje routera i sie skurczybyki zabezpieczają przed krzyworyjowcami.

Przeciętny amerykanin kupi router, wepnie kabel sieciowy i wtyczkę do kontaktu i nie wnika. Znalezienie otwartej sieci na przeciętnym amerykańskim osiedlu to góra 10 min roboty. Tu będzie ciężko.

Ostatecznie pojadę do kafejki internetowej mającej Wi-Fi. Z normalnych kafejek nie korzystam, bo mnie ich klawiatura doprowadza do szalu. Nawet mógłbym juz pisac "na orła", tyle że znaki straategiczne tzna kropka i @ są starannie ukryte. Kropka występuje chyba tylko na klawiaturze numerycznej, a do @ trza nacisnąc 3 klawisze, problem w tym, że ciągle zapominam które ;).

Ilośc sieci bezprzewodowych jest mniej-więcej taka jak w Europie, tylko w Rabacie było zdecydowanie więcej. Jakoś nie odstają technologicznie. Zreszta w Rabacie budują ultranowoczesną sieć tramwajową. Może Wrocław za 50 lat takiej doczeka. Maroko jest biednym rolniczym krajem, którego jedynym bogactwem są fosforyty, ale mają wiecej autostrad niż Polska, a z urzędem można porozumieć się przez internet. Przed wyjazdem próbowałem przekonać kilka polskich urzedów, żeby mi nie wysyłali poleconych, tylko e-mail, to uzyskałem odpowiedż, że nie maja takiej mozliwości.

Żeby było śmieszniej, wysłany polecony jest uznany za doręczony, więc nie ma możliwości odwołania sie potem od jego treści bo minał termin ustawowy. Normalnie kraj dla chłopów pańszczyźnianych, przypisanych do ziemi. Jak teki urzedas jest spuszczany z łańcucha na 20 dni w roku, to mu sie we łbie nie mieści, że można podróżować 6 miesięcy.

Byłem w wielu krajach tzw "trzeciego świata", ale najwieksze zadupie jakie w życiu widziałem, to polski mental urzędniczy.

poniedziałek, 29 marca 2010

Wlasnie wrocilem ze spaceru. Jest gleboka noc, a teraz mieszkam w medinie Tiznitu.

Medina to stare miasto, otoczone murami. Tu nie bylo zadnych niszczacych wojen, wiec nic sie od wiekow nie zmienilo. Jest to niewyobrazalna dla europejczyka gmatwanina uliczek, slepych zaulkow, zbudowana pozornie bez zadnych regul. Kiedys mialo to uzasadnienie, bo zdobycie takiego miasta bez zrownania go z ziemia jest praktycznie niemozliwe.

W kazdym razie chodze po miescie z gpsem, bo inaczej ciezko trafic do domu.

No wiec blakalem sie po tych nieoswietlonych uliczkach, mijajac setki mniej lub bardziej zakapturzonych postaci o ciemnej karnacji.

Dzisiejszy spacer tym sie roznil od podobnych eskapad po europejskich miastach, ze nie odczuwalem lekkiego napiecia zwiazanego z mozliwoscia ewentualnej zaczepki.

Tutaj praktycznie nie wchodzi to w gre. Znaczy zaczepka jest mozliwa, ale bedzie to co najwyzej oferta sprzedazy czegokolwiek, lub sympatyczna pogawedka polaczona z wymiana pozdrowien.

Totalny luzik ;).

Ale jakbym mial gdzies przytroczona kamerke, to nagralbym swietny material na thriller, lub filmu z gatunku bij-zabij.

To tak a'propos rzeczywistego bezpieczenstwa v/v poczucie bezpieczenstwa.

Jedna tylko rzecz zaklocala ta sielanke. Mianowicie tony smieci na ulicach. Tutaj nie ma nawet miejsca na smietniki, wiec o zmroku wszyscy wywalaja odpadki wprost na ulice, a nad ranem wkracza armia czyscicieli miasta i robi deburdelizacje.

Pryznam sie ze mam duze opory przed wyrzucaniem papierkow na ulice, ale pracuje nad tym ;). Zreszta nie ma zadnych kublow, gdzie moznaby sie pozbyc takiego balastu.

Zreszta podobne rozterki mialem w Paryzu, gdzie jedzac sniadanie w naroznym bistro (wypisz-wymaluj jak z filmu, np "Amelia"), do dobrego tonu nalezy rzucenie pod nogi opakowan od cukru, czy innych papierkow. Im wiecej takich smieci, tym widac, ze lokal bardziej uzeszczany, wiec dobry. Oczywiscie wlasciclel tego nie sprzata az do wieczora (w marnych lokalach pewnie nawet dosypuje z wlasnych zapsow).

Co kraj to obyczaj.

A polazlem wieczorem bo mi sie zachcialo soku pomarnczowego. Nigdy nie przepadalem za pomaranczami, ale to dlatego, ze jadalem tylko to, co Przedsiebiorstwo Handlu Uspolecznionego "rzucilo" przed swietami na rynek.

Po upadku PRLu usilowalem pic ciecz o nazwie "sok pomaranczowy", produkowany glownie z marchewki zreszta, ale jakos mnie powalal na kolana.

A tutaj obzeram sie nimi nieprzyzwoicie, a szklanka swiezo wycisnietego soku przy stoliku stajacym wprost na chodniku stala sie codziennym rytualem. Zreszta kosztuje to w takim lokalu jakies 2 PLN.

 

 

Zaulki mediny.

niedziela, 28 marca 2010

Wczoraj przejchalem prawie 800 km z Rabatu do Tiznitu.

Wiekszosc drogi pokonalem autostradami, bo oni tu maja Krola, ktrory buduje autostrady, a nie ZUSy i Swiatynie Opacznosci.

Te autostrady sa tanie. Srednio ok 10 gr za km, czyli polowe taniej niz w Polsce, wiec oplaca sie po nich jezdzic, zwlaszcza jak ma sie 6,5-litrowy silnik ;).

Poza tym  na autrostradzie nie ma ruchu lokalnego, to znaczy setek jednosladow, dwukolek zaprzezonych w osly badz muly, wehikulow z lat 50-tych i 60-tych zaladowanych czym sie da i pieszych.

Jazda po marokanskich misatach przypomina dobra gre komputerowa. Wymaga stalej uwagi, bo zdarzyc sie moze wszystko. maja co prawda kodeks drogowy i on z grubsza jest taki sam jak nasz, tyle ze najbardziej przestrzegany jest przepis o ruchu prawostronnym, choc i to nie zawsze (sam sie wrabalem pod prad). Reszta jest umowna.

Jednym z najbardziej martwych przepisow jest ilosc osob na pokladzie. Wiozlem juz kilkanascie, i policja podczas kontroli zupelnie to ignorowala.

 

Nie przywiazuja tez duzej wagi do przejsc dla pieszych. Sa na tyle pragmatyczni, ze wiekszosc swiatel jest wylacznie dla samochodow. Piesi laza jak chca.

A potrafia pokonac skrzyzowanie w niebanalnym stylu. Np po przekatnej, albo po rondzie ruchem okreznym (czyli tak jak samochod), tyle ze czasem pod prad. Motorower to posrednia forma miedzy pieszym a pojazdem, wiec jazda pod prad na rondzie miesci sie w konwencji.

Motorowerzysta musi miec kask, wiec wiekszosc nawet ma. Wozi go na przedniej lampie.

Napisali ze ma miec, a nie miec na glowie ;).

Ciezarowki laduje sie do 5 m wysokosci (to tyle ile ma tramwaj razem w pantografem). Najbardziej rozczulily mnie zagrody dla krow na dachu ciezarowki. Sa otoczone solidna barierka, ale nie mam zludzen, ze w razie dzwona barierka pusci i mozna zostac zabitym przez krowe lecaca na nieduzej wysokosci.

Maroko ma mniej-wiecej tyle samo ludnosci co Polska. Co prawda samochodow ma mniej, ale nadrabia to jednosladami, ktore sa duzo mniej bezpieczne. Na zdrowy rozum, brak sztywnych regul ruchu drogowego w polaczeniu z duzym jego zageszczeniem i dezynwoltura kierowcow, pieszych czy zwierzat (sa pelnoprawnym uczestnikiem ruchu drogowego, widzialem duze stado wielbladow pedzone dwupasmowka miedzy Agadirem a lotniskiem), powinno skutkowac duza smiertelnoscia na drogach. A tu guzik. W Maroku ginie dzienne ok 10 osob, kiedy w Polsce 15.

Mamy tu dobitny przyklad, ze ludzie czasem poswiecaja rzeczywiste bezpieczenstwo na rzeczpoczucia bezpieczenstwa.

Widzialem kiedys wyniki badan, wg ktorych zainstalowanie (na zadanie miejscowych komitetow osiedlowych) sygnalizacji swietlnej na szosie wylotowej zwiakszylo ilosc wypadkow.

Po prostu kierowca majac koncowke zielonego cisnie i nie patrzy, a emeryt gnajacy z pedkoscia Bena Johnsona na tramwaj tez nie za duzo widzi.

W Maroku obowiazuje zasada "nie daj sie zabic i sam nie zabijaj", ktora moze nie daje komfortu psychicznego przy poruszaniu sie po drodze, ale napewno skuteczniej chroni zycie.

No ale oni tu nie maja komitetow osiedlowych, maja Krola ;)

 

 

czwartek, 25 marca 2010

Zjedzone. Talezyk przysluguje dziecku i... mi.

 

 

 

Od jakiegos czasu zyje wsrod nich na prawach czlonka rodziny.

W sumie to mi zbytnio nie przedszkadza, tyle ze statutowym obowiazkiem czlonka jest uczestnictwo we wspolnych posilkach.

Je sie tadzin lub kuskus, ze wspolnej wielkiej michy przy pomocy rak.

Ale nie jest tak jak myslicie, ze kazdy raczy sie pelna garscia tlustymi lapskami.

Najpierw bierze sie miejscoiwy chleb, majacy forme plaskiego placka. Lamie sie kawalek i oddziela gore od dolu. Mamy w ten sposob kawalek skorki, przez ktora, jak przez chusteczke, nabieramy zarcia, maczajac przy okazji chleb obficie w sosie. Pozeramy to co udalo nam sie zalosowac i lamiemy nastepny kawalek chleba.

Wszystko oczywiscie prawa reka. Lewa sluzy do rzeczy nieczystych. M.in mycia tylka. Bo oni sie myja, w przeciwienstwie do bialych, ktorzy rozcieraja sobie papierem ;).

Sztuccow tez nie uzywaja, bo to nieapetyczne brac do dzioba cos, co juz ktos inny mial w ustach.

Co z tego ze umyte? Wzielibyscie do ust cudza sztuczna szczeke, nawet umyta?

 

Tak na marginesie, to zgubny zwyczaj mycia sie przywedrowal do Europy z mauretanskiej Hiszpanii.

Maurowie-Mauroko-Maurakesz ;)

Tak, tak, bez Marokanczykow dalej byloby trendy mordownie wszy i pchel specjalnym zlotym mloteczkiem.

W Trzebnicy stoi piekne sanktuarium sw. Jadwigi. Dostala je w nagrode ze dotrzymala slubow.

Jakie to byly sluby tego jakos nigdzie nie mozna doczytac w koscielnych materialach o danej swietej.

Bo nie ma sie czym chwalic, mianowicie zobowiazala sie przez 7 lat nie myc i nie zmieniac bielizny. Sanktuarium sie owszem nalezy, ale jej sluzbie ;)

A Marokonaczycy mieli w tym czasie wielkie publiczne hammamy, w ktorych szorowali sie gruntownie co tydzien, trzeba czy nie trzeba.

O wizycie w tradycyjnym (nie przeznaczonym dla turystow) hammamie jeszcze tu napisze.

To po francusku znaczy "pomoc drogowa". Nawet nie byla droga, jedyne 100 Dh (ok 9 E).

A bylo tak: wjezdzalem na glowna, dwupasmowa szose, a ze byla w remoncie i totalnie nieoznakowana i ciemno jak w piekle, to wrabalem sie pod prad (ponoc nie ja pierwszy, tubylcy twierdza ze co chwile ktos tak wjezdza). Kiedy samochod z przeciwka zaczal rozpaczliwie blyskac dlugimi to doszedlem droga dedukcji ze chyba cos zle robie ;). Natychmiast skrecilem na wlasny pas przez kraweznik oddzielajacy pasy (wydawal sie dosc niski jak na moje zawieszenie). Niestety zawislem na tylnym moscie. Nie wiem skad na pustej dotychczas szosie zaroilo sie od pomocnikow ( w Polsce wszyscy mieliby mnie w d...). Lewarek, ktorym usilowalem podniesc tylny most zwinal sie w malowniczy precel (wreszcie bede mial pretekst zeby go wyrzucic). Pozostalem bezbronny. Ktos zawiadomil pomoc drogowa i byl na tyle kumaty, ze byla to pomoc dla ciezarowek. Potem juz z gorki, wyciagarka ciganaca do gory (bloczek na specjalnym maszcie podnoszonym hydraulicznie) i po minucie bylem wolny.

Potem jeszcze 300 km do Rabatu (w tym ze 4 kontrole zandarmerii) i o 1.30 zameldowalem sie u rodziny Aziza.

Zauwazylem ciekawa prawidlowosc. Wszelkie decyzje strategiczne podejmowala mama Aziza, natomiast szczegoly taktyczne pozostawiala facetom. To ona zadecydowala, ze jada ze mna do Ceuty, ona zarzadzila, ze Aziz ma zaplacic za tytulowy depanage. Sadzac po glosie nie przewidywala jakiejkolwiek dyskusji ;). Niestety nie wpuscili jej do Ceuty, choc miala paszport. Potrzebna jest wiza albo zamieszkanie w pasie przygranicznym. W sumie caly dzien spedzili na pace, wiec wieczorem zawiozlem ich na suking, zeby tez cos mieli z tej wycieczki. Obkupili sie w jakies ciuchy, ponoc rewelacyjnie tanie.

Po sukingu wciagnelismy w kanjpce Harire. Smaczna, tradycyjna zupe z soczewicy.

A potem zaczely sie wczasy w siodle (znaczy akcja opisana na wstepie).

Kicam spac, bo do Tamlalt jeszcze z 800 km.

 

środa, 24 marca 2010

Zaczynam, bo mnie jakos naszlo.

Przed chwila spojrzalem na ledwo widoczna Europe, a dokladniej okolice Algeciras w Hiszpanii i wracam w glab Afryki.

Na codzien meszkam 1000 km w glebi Afryki. Wpadlem tylko na chwile do Ceuty, ktora jest hiszpanska enklawa w Maroku, podbilem paszport i mam znow 90 dni na opuszczenie Maroka.

W zasadzie to nie chcieli mi pozwoli na taki numer, ale uratowala mnie kartka ktora sie pracowicie wypelnia na okolicznosc owego przekroczenia. Jest tam rubryka zawod, w ktora wpisalem "pilot", wiec moglem wytlumaczyc, ze ide przekazac laptopa i zaraz wracam, a Maroko opuszcze samolotem. Policjant podumal, poszedl do supervisora, a tamten zrobil madra mine i kazal wypuscic. Zadzwonilem do znajomej rezydentki pewnego biura turystycznego, ktora chciala tez ta metoda przedluzyc sobie pobyt i okazalo sie ze w zasadzie numer nie przechodzi. Twierdzi ze jestem szczesciarz ;).

Teraz czekam na moich Berberow, ktorych zabralem z Tamlalt (malej wioski lezacej 1000 km stad). Polezli na suk. Nawet nie wiem ile ich mam na stanie, bo jedziemy "rzemiennym dyszlem", nocujac po ich rodzinie. Caly czas ktos ubywa i sie dosiada. Rekordowo naliczylem ich 13 szt. Sam sie dziwie jak mi sie mieszacza w aucie. Tak dla informacji, mam w dowodzie rejestracyjnym wpisane 6 osob ;).

Podroz III klasa, czyli

 

 

Tanger

 

Spadam teraz w kierunku Rabatu., gdzie bede pewnie w srodku nocy.

1 ... 6 , 7 , 8 , 9