Na bloga liczniki
Co roku odlatuję na zimę z bocianami
RSS
piątek, 15 kwietnia 2016
W prasie i internetach aż huczy po wiadomości, że Juliusz Paetz, z zawodu biskup, będzie koncelebrował uroczystą mszę w Poznaniu z okazji chrztu Polski. Dany Paetz wcześniej był znany z tego, że został częściowo zawieszony w uprawnieniach zawodowych przez papieża z powodu poważnych oskarżeń o współżycie seksualne z klerykami. Coś musi być na rzeczy, ponieważ w kręgach zbliżonych do poznańskiego seminarium krążył następujący dowcip: -Zaliczyłeś teologię? -Z Paetzem w dupie.
sobota, 12 marca 2016

Rok 2007, środkowy Meksyk, stan Queretaro, miejscowość San Miguel de Allende. A dokładniej startowisko paralotniowe kilkanaście kilometrów od miasta. Czekamy w kilka osób na warun. W tym jeden Amerykanin. Jest niemożliwie spalony słońcem, podobnie jak jego skrzydło. Można się domyślać, że kiedyś było fioletowo-różowe. Teraz kolor zachował się wyłącznie wewnątrz i w okolicach szwów. Ubranie tego Gringo też czasy świetności ma już za sobą. Przyjechał quadem. Zakurzonym, poobijanym, ale to najnowszy model Grizzli. Dziwny gość.

poniedziałek, 07 marca 2016
Wyruszyliśmy z San Jose we czterech (w 2007 r, dopisek późniejszy). Tzn był jeszcze Sebastian, Piotrek i Darek, z tym że Darka podwoziliśmy tylko do Las Vegas zwiedzając przy okazji parki narodowe Kalifornii, Nevady, Utah i Arizony. Już bez Darka kierowaliśmy się z Wielkiego Kanionu Colorado (który nie leży w Colorado, tylko w Arizonie właśnie) do Monument Valley. Plan był taki, żeby jechać po zadupiach na giepeesa. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach asfalt nagle się skończył, więc zrobiliśmy naradę co dalej. Dokładnie w tym miejscu
czwartek, 03 marca 2016
Wspomniany w poprzednich wpisach Sosna wrócił do Kalifornii, kupił dom z basenem w San Jose i zaczął pracę, czyli krótko mówiąc się stoczył, a latanie w Chrcynnem skończyło się chyba bezpowrotnie. Nie było jeszcze komunikatorów internetowych, więc kontakt z Sosną praktycznie się urwał, ale kiedyś udało mi się po taniości do niego zadzwonić. Powspominaliśmy stare czasy. Zapraszał do siebie na latanie. Złożyłem więc papiery o wizę w konsulacie USA w Krakowie, wpisałem w telefon datę stawienia się przed konsulem i zapomniałem o sprawie. Zaczęły się Paralotniowe Mistrzostwa Polski na górze Żar. Pojechałem, ale pogoda była podła. Nie było latania, więc czas spędzaliśmy głównie w barze przy symbolicznej lampce wina i długich dyskusjach.
środa, 02 marca 2016
C.d. poprzedniego wpisu. Przenieśmy się do włoskiego Bassano del Grappa, które jest Mekką polskich paralotniarzy. Dokładniej jest to wioska Semonzo, a właściwie pizzeria L'Antica Abazzia, którą sobie to towarzystwo upodobało. Z biegiem czasu powstał tam prawdziwy kemping, ale wtedy jeszcze rozbijano namioty po prostu na trawniku przy lokalu.
wtorek, 01 marca 2016
Żeby jakoś płynnie połączyć wspomnienia ze wschodu, z tymi z zachodu potrzebny jest mi pewien Indianin z plemienia Dakota, zwanego inaczej Sioux. Ale po kolei. Pod koniec ubiegłego wieku zacząłem uprawiać paralotniarstwo nizinne, czyli loty za wyciągarką. Nie było ich wtedy za wiele, więc przebazowałem się do stolicy. Warszawiacy latali wtedy na lotnisku w Chrcynnie koło Nasielska.
poniedziałek, 29 lutego 2016
Dokańczam poprzedni wpis: Po zakończeniu posiłku znów podeszła stewardesa i zaprosiła mnie do kabiny. W owym czasie było to jeszcze możliwe. Wyciągnąłem ze schowka cały mój podręczny dobytek, na który składała się wyprawowa kurtka puchowa, czapka z jenota i reklamówka pełna szampanów i powędrowałem do kokpitu.
piątek, 26 lutego 2016
To już chyba ostatni fragment wspomnień ze schyłkowego ZSRR. Z uwagi na długość podzieliłem na dwie części. Jak już pisałem, żaden z samochodów użytych na wyprawy nie wrócił do Polski. Raz, że się nie opłacało, a dwa, że ich stan techniczny przestał spełniać nawet polskie standardy. Wracałem więc samolotami. Na początku grzecznie kupowałem bilet, co było dość kłopotliwe, bo trzeba było odstać swoje w długaśnej kolejce do kasy, a na dodatek często nie było miejsc . Podczas pierwszych przelotów zorientowałem się, że dwa ostatnie rzędy Tu 154 (bo tym się latało na linii Moskwa-Warszawa) zawsze lecą puste. Małe prywatne śledztwo wykazało, że są to miejsca zarezerwowane "na wsiaki sluczaj" dla dyplomatów czy innych służb i nie ma ich w oficjalnym planie miejsc.
środa, 24 lutego 2016
Podróży do Astrachania ciąg dalszy. Doturlalim się do niego późnym popołudniem. Taksówkarz zawiózł mnie do ponoć najlepszego hotelu w mieście. Na recepcji usłyszałem stanowcze "miest niet". Spokojnie położyłem przed recepcjonistką sturublowy banknot (równowartość dziesięciu flaszek wódki) i zapytałem: -A tepier? -A tieper jest, odparła recepcjonistka zmieniając skwaszoną minę na bardziej przyjazną.
poniedziałek, 22 lutego 2016

Następny odcinek wspomnień z włóczenia się po schyłkowym ZSRR. Tym razem o przejeździe koleją z Wołgogradu do Astrachania. 

Kupiłem bilet na wagon "kupe", czyli coś zbliżonego do naszej kuszetki. W przedziale są cztery miejca sypialne i nie ma umywalki. To nie jest najniższa klasa wagonu sypialnego, bo jest jeszcze "plackarta".

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9