Na bloga liczniki
Co roku odlatuję na zimę z bocianami
Blog > Komentarze do wpisu

W kolejce po wizę

Wspomniany w poprzednich wpisach Sosna wrócił do Kalifornii, kupił dom z basenem w San Jose i zaczął pracę, czyli krótko mówiąc się stoczył, a latanie w Chrcynnem skończyło się chyba bezpowrotnie. Nie było jeszcze komunikatorów internetowych, więc kontakt z Sosną praktycznie się urwał, ale kiedyś udało mi się po taniości do niego zadzwonić. Powspominaliśmy stare czasy. Zapraszał do siebie na latanie. Złożyłem więc papiery o wizę w konsulacie USA w Krakowie, wpisałem w telefon datę stawienia się przed konsulem i zapomniałem o sprawie. Zaczęły się Paralotniowe Mistrzostwa Polski na górze Żar. Pojechałem, ale pogoda była podła. Nie było latania, więc czas spędzaliśmy głównie w barze przy symbolicznej lampce wina i długich dyskusjach.


Po tygodniu takiego hulaszczego trybu życia odezwał się przypominacz w komórce informujący, że następnego dzionka rano mam się stawić przed obliczem konsula.
Nie musiałem dmuchać w alkomat, żeby się przekonać, że użycie samochodu nie wchodzi w grę. Wsiadłem w pekaes i jadąc obdzwaniałem krakowskich znajomych w poszukiwaniu noclegu. I to był błąd, bo komitet powitalny był nad podziw liczny i oprowadził mnie po nocnym życiu Krakowa. Ocknąłem się rano w jakimś mieszkaniu i dowiedziałem się, że za godzinę mam tę audiencję. Druga wiadomość była taka, żeby na nikogo nie chuchać, bo będzie musiał zakąszać.
Stawiłem się na ulicy Stolarskiej, gdzie mieści się konsulat. Stały tam zwarte grupy kandydatów na turystów, ponieważ praktyczni Amerykanie podzielili wszystkich chętnych na pakiety, pewnie żeby mieć chwilę spokoju pomiędzy kolejnymi grupami petentów. Przyjrzałem się moim współgrupowiczom. Obowiązywała świeża koafiura, kościółkowe ciuchy i staranny manicure, że niby ręce nie zaznały pracy innej niż wypisywanie czeków.
Wokół mnie zrobiła się wolna przestrzeń, co akurat nie było zaskoczeniem po tygodniu balowania i w wymiętych ciuchach nadających się bardziej do latania niż złożenia, bądź co bądź, wizyty dyplomatycznej. W końcu wpuszczono naszą grupę. Przy wejściu była bramka antyterrorystyczna. Wszyscy przeszli gładko, tylko u mnie piszczało, choć starannie opróżniłem kieszenie z wszelkich kluczy i bilonu. Za którymś podejściem do bramki pan z marines wprawnie mnie zrewidował i okazało się, że przyczyną była prezerwatywa zakamuflowana na czarną godzinę w małej kieszonce. Spóźniony dołączyłem do grupy, która stała karnie w trzech kolejkach do trzech wicekonsuli, od których co chwilę wychodził jakiś mocno wkurzony delikwent. Szczęśliwych było mniej niż połowa. Robota szła im taśmowo. Przypomniała mi się scena ze "Stawki większej niż życie" z przydziałem narzędzi niemieckim jeńcom: "Łopata, łopata miotła". Tutaj też proporcje były podobne.
No ale żeby wiedzieć, w które kolejce mam stanąć, musiałem najpierw przejsć wstępną obróbkę w okienku, takim jak w kantorach, z wąziutką szparą na dole do przeciskania dokumentów. Urzędowały tam Polki. Poprosiły o wielgachny formularz, który trzeba było wcześniej wypełnić. Jako cel wyjazdu podałem paragliding, a jako zawód paragliding instructor, więc panienka poprosiła o licencję. Przypomniałem sobie, że jest w biurze Mistrzostw, więc nie mam co pokazać. Ale miałem Przegląd Lotniczy, który kupiłem żeby sobie uprzyjemnić czekanie w kolejce. Trzeba trafu był tam jakiś mój artykuł i wyniki Pucharu Polski, w którym zajmowałem szóstą lokatę. Pokazałem panience te dwie rzeczy w gazecie. Zrobiła ksero i poprosiła o paszport, który na okoliczność wyjazdu wyrobiłem nowy, bo stary był w dużym stopniu zastemplowany. No więc dziewczęcie wzięło mój nowiutki paszport, dołożyło jakąś karteczkę i sru zszywaczem. Przez okładkę. No to się zbulwersowałem, że mi dziur narobiła. Panienka oderwała poł tej przyszwejsowanej karteczki i powiedziała, żebym to zaniósł do okienka DHLu na parterze. Pytam się po co, a ona, że muszę podać adres na który zostanie wysłana wiza. Dostał pan- dodała z całkiem miłym uśmiechem. W tym momencie popatrzyłem na moich współkolejkowiczów. Ich zdziwienie było bezcenne, bo byli odszychtowani jak do ślubu, a taki obszarpaniec i to skacowany dostał wizę już na portierni. No ale widać było gołym okiem, że ja się do żadnej pracy nie nadaję.
Drugie zdziwienie przyszło już w domu kiedy odbierałem paszport. Wiza była na 10 lat, co wówczas było ewenementem.

czwartek, 03 marca 2016, uriuk

Polecane wpisy

  • Kolej na kolej

    Podróżowałem dziś pocigami po Polsce. Dokładniej rzecz ujmując z Włocławka do Wrocławia. Miałem nawet dogodne połącznie: najperw do Torunia, stamtąd do Poznania

  • Oman, wielbłąd i toaleta

    Na południu Omanu, z dala od cywilizacji leży miasteczko Mirbat. Jedno z nielicznych z tradycyjną zabudową, często glinianą, co jest ewenementem w bogatym Omani

  • Taternictwo nowoczesne

    Internety donoszą, że wczoraj po raz kolejny, pod Morskim Okiem doszło do afery. Turyści spod znaku "dobrej zmiany" odbyli walkę o dostęp do sań wożących miłośn

TrackBack
TrackBack URL wpisu: